Pewnego razu, w zwykły, niczym nie wyróżniający się dzień, zajmowałem się swoimi sprawami na terenie gospodarki komunalnej. Ruro‑klatki – masywne metalowe konstrukcje, poprzeplatane rurami o różnej średnicy. Tam ja, bohater naszych czasów, sapałem tam benzynę.
Siedziałem w kokpicie bolidu Formuły‑1. Moc silnika pod maską była odczuwalna fizycznie – wibracja przenikała do każdej komórki ciała. Na wyświetlaczu przed oczami paliły się cyfry: «4. pozycja». Serce waliło dziko w unisonie z rykiem silnika. Start wyścigu!
Pierwsze metry – i już czuję, jak samochód reaguje na każdy ruch kierownicy. Przede mną – trzy bolidy. Jeden po drugim stają się moim celem. Pierwsze wyprzedzenie – płynne, wyrachowane: wybieram moment, gdy przeciwnik wchodzi w zakręt, i wyrywam się do przodu zewnętrzną trajektorią. Trybuny wybuchają owacjami. Drugie wyprzedzenie jest nieco trudniejsze: przeciwnik nie chce ustąpić, ale znajduję wąską szczelinę i przeciskam się, prawie dotykając jego tylnego skrzydła. Trzecie – zdecydowany skok na prostej: pełny gaz, wskazówka prędkościomierza pełznie do granicy, i oto jestem już przed nimi.
«Keszmesz! Keszmesz!» – skandują trybuny. Moje imię niesie się nad torem, odbijając się echem w kasku. Nie mogę uwierzyć: poznają mnie, kibicują mi! Adrenalina sięga zenitu, ale trzymam się w garści – wyścig jeszcze się nie skończył.
W piątej minucie dzieje się najciekawsze. Przede mną – prowadzący kierowca. Jego bolid wydaje się przyklejony do toru, ale czuję: mam szansę. Kilka okrążeń jedziemy w zaciętej walce, każdy szuka słabego punktu w manewrach przeciwnika. I oto – moment! Trochę się myli na wyjściu z szykany, a ja, bez zastanowienia, rzucam samochód do ataku. Wyprzedzenie! Trybuny dosłownie eksplodują z szoku i zachwytu. Krzyki, gwizdy, brawa – wszystko zlewa się w jeden szum.
Ostatnie metry toru. Skupiam się na linii mety. Wskazówka prędkościomierza zatrzymuje się na maksymalnym oznaczeniu, samochód jakby leciał nad asfaltem. I oto – meta! Przecinam linię i w tej samej chwili nad głową wybuchają fajerwerki. W powietrze wzbija się puchar – lśniący, mieniący się w promieniach słońca. Jestem zwycięzcą!
Otwieram oczy i rozumiem, że to wszystko było tylko fantasmagoryczną wizją. Nadal jestem na terenie gospodarki komunalnej. Rozglądam się i z przerażeniem uświadamiam sobie, że wiszę na rurze, wysokość – około pięciu metrów. Pod nogami – złowrogie bagno: gorąca woda zmieszana z wiórami drzewnymi i wszelkiego rodzaju odpadami ludzkiej egzystencji. Jeden nieostrożny krok – i upadek nieunikniony.
To moje letnie przygody, a teraz do serwera, serwer top, wszystko mi się spodobało, byłem dobrym komendantem, który komenderował stadem prawdziwych więźniów, tam po prostu najtwardsi więźniowie Rosji, każdy z ostrzem, przy czym oni nawet ich nie chowają, a przeciwnie – trzymają w ręku.